Wszystko zaczyna się od początku i niekoniecznie pędzi do końca 2011-01-20 22:07:35
Wolności chcę, wolności i pieprzonego piwa, albo na odwrót, piwa i wolności. Zresztą to nie ma znaczenia. Tu i tak jest kurewsko zimno, nic mnie już nie rozgrzeje, chyba że sam się spalę, na stosie może nawet.
Wypiłem dwie butelki wody, by się otrzeźwić, ale to nic nie dało, nadal trzęsą mi się ręce i nogi chyba też. Nie wiem i chyba się nie dowiem, wszystko już mi się miesza, daty i godziny, godziny i daty, wydarzenia i marzenia. Rym zupełnie niepotrzebny. Wkradł sie ot tak. Chyba nawet na złość. Nie kasuję go, pędzę dalej, a wiatr sobie wieje. Kiedyś chciałem go przegonić, dziś już niczego nie chcę. No prawie niczego, bo pragnę spokoju; takiego świętego, czystego spokoju.
Zapaliłem na balkonie, a ptaki sobie siedziały na barierce. Jeden się bezczelnie zesrał, tak na moich oczach wprost na płytki zrobił kupę, a ja tej kupie się przyglądałem. To głupie, ale tak kupa natknęła mnie do rozważań. Po co, dlaczego, czy na pewno i w końcu czy tak czy nie.
Tak i nie. Każde na swoim miejscu, naprzeciw siebie. Siedzą. Patrzą wprost na swoje oczy i się zapewne zastanawiają czemu na siebie patrzą. Może dlatego, że wypada im w ogóle na coś patrzyć. Ja gdzieś pośrodku, pomiędzy tak i nie. Nie wiem, w którą stronę się ruszyć, dopiero wtedy ta kupa 'rozkazuje' mi: rusz tam gdzie ci serce dyktuje (i znowu rym niepotrzebny, ale mniejsza z tym). No to skaczę i pojawia się wtedy może, a jak wiadomo jest ono szerokie i głębokie, z tym że z błędem orograficznym. Koryguję więc ten błąd, w myślach na takiej kartce, którą tam mam do tymczasowych zapisków i idę do pokoju, a raczej do owego pokoju wchodzę i pierwsze co widzę to widzę meble. Takie zwykłe, zniszczone trochę. Patrzę na te meble i myślę: kuna, dorobiłem sie mebli i mam te meble w domu i mogę na nie patrzeć i mogę na nich usiąść i mogę się cieszyć. No to się cieszę. Meble, ja, pokój i dwa ptaki na barierce. Do tego dochodzi kupa na płytkach. Życie jest proste, a jak nie jest proste to staje się skomplikowane. Prosta sprawa, bez skomplikowania.
Do drzwi ktoś puka. Nie pytam kogo diabli niosą tylko kulturalnie idę otworzyć.
Wywiązuje się rozmowa. Nie ma kantów, zaokrągleń także nie, płynie sobie po prostu jak te statki na wodzie a my wraz z nią. Nie wiedziałem, że herbata smakuje jak nie herbata, i że wspomnienia smakują jak nie wspomnienia, w jego obecności oczywiście. Bo w jego obecności wszystko się zmienia, czarne staje się białe, a białe czarne. Taka maleńka magia.
Wszystko ma sens, kiedy myślimy, że go posiada, potem wszystko jest bez sensu, kiedy myślimy, że tak jest. Częstuję gościa herbatą, potem papierosem, potem wyjmuję coś mocniejszego i w jego obecności upijam się. Albo to on się w mojej obecności upija, a ja mu tylko towarzysze. Kolejność nie ma znaczenia. Są tylko pytania i odpowiedzi, a jak nie ma pytań i odpowiedzi to są domniemania.
Ja myślę, że go znam, on też coś myśli, bo marszczy czoło. Wyraźnie to widzę. Wyraźnie też widzę jego oczy i usta, wypowiada nimi słowa, a ja te słowa łapię i chowam w mym mózgu, by potem zanurzyć w czeluściach i nigdy nie znaleźć.
Potem wychodzi, żegna się, a ja pozostaję z dziwnym uczuciem, że tego w ogóle nie było, że to było tyko snem, że to było tyko moim wyobrażeniem, ale widzę stolik, na nim puste szklanki i dwa też puste kieliszki. Popielniczka pełna petów.
Życie.
Szukanie.
Znajdywanie.
Gubienie,
bo muszą następować po sobie pewne sprawy przyczynowo skutkowe. Wychodzę na balkon, na nim jeden gołąb, pod nim kupa. Wszystko zaczyna się od początku i niekoniecznie pędzi do końca.
Dzień dobry.
Dzień dobry.
Ja i on, on i ja po przeciwległych sobie stronach. Ja w mieszkaniu, on na korytarzu. Wkrótce obaj MY w moim mieszaniu.
Słowo o słowie słowem - wprost nie owijając w bawełnę 2010-08-21 21:06:38
To nie tak, że zaczynamy od środka, to nie tak, że pomijamy pewne szczegóły. Nic nie jest nie TAK, a tak tym bardziej nic nie jest NIE.
Możemy wejść do jakiegoś bloku, do jakiegoś mieszkania, albo do jakiegoś samotnie, bądź nie samotnie stojącego domu. Możemy wejść cicho albo zrobić wielki hałas. Możemy wzniecić wiatr lub sprawić, by mieszkańcy, których odwiedzimy poczuli nasz zapach. Ale równie dobrze możemy niczego nie robić i siedzieć tu gdzie siedzimy. Czyli gdzie? Ja siedzę przy biurku i wystukuje te literki na moim przenośnym komputerze. Stukam w klawiaturę i patrzę jak zapełnia się pusta kartka cybernetycznego papieru. Ty siedzisz gdzieś tam po drugiej stronie. Nazwijmy tę stronę druga stroną, choć równie dobrze może być trzecią i czwartą, piątą i szóstą. Stron bowiem innych jest kilka, tak jak kilka jest innych wymiarów i światów, których nie znamy. Nie zgłębiajmy jednak złożoności świata. Bawmy się, tańczmy, radujmy się, śmiejmy, spacerujmy po świecie i przyglądajmy się ludziom, gadajmy z nimi i wymieniajmy z nim spostrzeżenia, a potem odpoczywajmy w swoich czterech ścianach, w ciszy, w spokoju, bez nikogo, lub z kimś u boku. Do wyboru, do koloru.
Powiem wam tak: bawię się w tworzenie świata, siedzę sobie przy moim maleńkim biureczku, w moim maleńkim pokoiku i wystukuję swoimi paluszkami literki, które mają stać się opowieścią, nie zdaję sobie jednak sprawy, że czasem nie kontroluję tego, co robię, że literki wymykają się spod mojej kontroli i tańczą jak szalone na tej cybernetycznej kartce, która z każdą minutą, ba, z każdą sekundą, coraz bardziej i bardziej się zapełnia.
Literki jak wiadomo tworzą słowa, słowa zdania, a zdania układają się w akapity. To wie każde dziecko. Każde dziecko chodzi do przedszkola i uczy się czytać, składa literki w słowa, słowa w zdania, a zdania w historię. Każde dziecko buduje świat, jednak nie każde dziecko może wyczytać to, co mieści się między wersami, dlatego teraz pokazuję wam tę przestrzeń między-wersową, by uzmysłowić wam, że między wersami kryją się:
maleńkie chochliki, które czasem powodują literówki i błędy ortograficzne, a wtedy kiedy, ten kto pisze jest:
a ) niechlujny
b) niedokładny
c) nie zna zasad pisowni
bądź
d) nie chce tych zasad zastosować.
Cóż, ludzie bywają różni, różne też są przestrzenie między-wersowe, jedni stosują zwykłą spację,
drudzy lubią półtorej
odstępu miedzy wersami, są tez i tacy co
dwa
i trzy.
No i cóż mi tu wypada powiedzieć? Ano to, że ci, co mówią mało napychają jak balony swoje teksty, a ci, co są gadatliwi ściskają go, by nie wyszło na to, że leją za dużo wody. Tak jak ja teraz.
Przejdżmy dalej, choć tak naprawdę dalej przechodzić nie musimy, możemy wszak przeskoczyć.
Przejdźmy więc przeskakując i przeskakujmy przechodząc, by uzmysłowić następną rzecz, która kryje się między wersami.
Między wersy wkradają się bowiem jakieś znaki, a to kreseczki, a to kropeczki, a to ogonki – w wypadku tych pierwszych i drugich wypełniają one przestrzenie nad słowem. Jeśli zaś idzie o trzecie to wypełniają one przestrzenie pod słowem. Możemy tam znaleźć coś takiego jak haczyki, a na haczykach można powiesić co bądź, obrazek na przykład

![]()
rycinę na przykład

zdjęcie na przykład.

Wychodzi więc na to, że między wersy niektórzy wciskają coś, co wypełni jeszcze bardziej tekst i nada mu ładnego wyglądu. Czyli taki sobie obrazeczek, taką sobie rycinkę, takie sobie zdjęcie. Tekst jest kolorowy i ładnie się prezentuje, a w wypadku tekstu złego podnosi jego wartość.
Cóż, różne wybiegi ludzie stosują.
I różnie teksty swoje faszerują i niektórzy także rymują, by było ładnie, hip-hopowo.
No, a skoro już kończymy (bo kończyć wypada, choć zdaje się, że na tym etapie kończyć w żadnym razie nie wypada) żegnamy się słodko i mówimy: papa
oraz dodajemy tzw. gratis, bo nie byliśmy sobą.
Uważajcie na teksty, czytajcie je dokładnie między wersami, a czasem także na marginesy zerknijcie. Czasem bowiem gdy wypożyczy się książkę z biblioteki dostrzeże się na jej marginesie jakieś uwagi naniesione przez poprzedniego czytelnika (czytelników). W wypadku takiego o-uwagowanego egzemplarza możemy się zapoznać ze zdaniem kogoś innego na temat dzieła, które akurat czytamy i skonfrontować go ze swoim zdaniem, a potem obydwoma tymi zdaniami dupę sobie podetrzeć, wszak każdy autor wie, że zdanie jego liczy się najbardziej. Wielu nie zwraca uwagi na czytelników i produkuje przepakowane filozofią i innymi bzdetami bzdury. Ale nie bądźmy szpetnymi ludźmi i nie osądzajmy autorów. Wszak tworzą światy a czy dobre, czy złe to już ich sprawa.
skomentuj (1)
Rozmowa (bez opisu) 2010-01-29 21:27:47
- To pan całował tak miękko, teraz sobie przypominam. Ale imienia pana nadal przypomnieć sobie nie mogę, coś na K bodajże?
- Na D.
- Ach tak, na D. Oj, to już sobie raczej nie przypomnę, rada byłabym gdyby pan powiedział jak ma pan na imię.
- Daniel.
- Daniel. Ech, nigdy w życiu bym na to nie wpadła. A może wtedy używał pan innego imienia?
- Zawsze używam jednego.
- No tak, to moja skleroza. Ale przejdźmy do rzeczy. Tutaj mam trzy skrzynki. Którą pan wybierze?
- Drugą.
- Dobrze, więc pierwszą i trzecią wyrzucamy za margines. Mam otworzyć czy pan woli?
- Poroszę, niech pani otwiera.
- No Dobrze. Wolno czy szybko?
- Jak pani woli. Mi wszystko jedno.
- No dobra. Wiec niech się pan przygotuje. Trada-da. Tra-ta-ta, jak mawiają w cyrku. Wieko się otwiera. Widzi pan? Ale nie skrzypi. A teraz małe myk. Zamyka pan oczy i dopóki nie powiem już, trzyma je pan zamknięte. Nie wolno ich nawet panu uchylić.
- Wspaniale.
- A twarz? Czy chciałby pan bym zmieniła także twarz. Zapomniałam o to zapytać. Gapa ze mnie.
- Twarz jak najbardziej. Właśnie miałem wygarnąć tę sklerozę o której pani wspomniała.
- No wie pan, do damy w taki sposób. Wiec tra-ta-ta. Zanim zamknie pan oczy, przyniosę jeszcze trzy skrzynki, pana wybór jest świętością. I co, która?
- Ta po prawej.
- Lubi pan kwiaty?
- Nie o to chodzi.
- A o co?
- Jest największa.
- Też fakt. Ale może w środku mała.
- To już nie ma znaczenia. Wybrałem
- No więc zamyka pan oczy i…
- I jak wyglądam?
- Wspaniale.
- Umi pan prawić komplementy. A pana żona jak się z tym czuje? Ubóstwia chyba pana i myśli, że nigdy pan za inne nie ten tego
- Moja żona nie ma nic tutaj do rzeczy. umówmy się, że jej wcale nie ma.
- A jest?
- Tak jakby, można powiedzieć, że istnieje.
- No więc dobrze, to umówmy się, że jak teraz jestem czarną dziwką. A pan? W co pan się przebierze?
- Chyba tym razem nie będę się przebierał.
- Ależ panie Danielu?
- No co, co w tym złego, że będę sobą?
- W sumie to nic, ale mamy tyle wyborów. Może pan tylko wejdzie do kabiny i sprawdzi?
- No dobrze, skoro się pani upiera. Sprawdzę, ale jak mi nic nie spasuje to wychodzę taki, jaki jestem, ok. A pani… jak pani na imię?
- Umówmy się ze Klotylda.
- No wiec dobrze pani Klotyldo, a gdybym chciał nazywać panią Irena?
- To za dodatkową opłatą. Zmiana imienia wyrzuca mnie zawsze z rytmu.
- Niech pani nie przesadza.
- Ja nigdy nie przesadzam. Fajnie było by gdyby pan powiedział do mnie Klotyldko.
- Pani jest śmieszna czy pani wie, że to głupie imię?
- Właśnie w tym sęk.
- A jak pani ma naprawdę na imię?
- Co to pana obchodzi, mogę być Marysią, Kasią, Basią.
- A czemu każe pani się nazywać Klotyldą?
- Bo to, jakby to powiedzieć… moja ksywka pracownicza. Wszyscy mnie tutaj tak nazywają. Pan Maciek nawet.
- A byłbym zapomniał. Co pan Maciek robi za tą szybą jeśli można zapytać?
- Wie pan, że tu jest szyba?
- A jakże.
- Co pan jeszcze wie?
- Na przykład coś o pani.
- Co takiego? Ciekawość mnie zżera.
- To niech panią zżera. Proszę się położyć na łóżku. Wracam za moment.
- Nie wątpię.
- Panie Danielu. Ależ pan teraz przystojny.
- Podobam się pani?
- Mądry mężczyzna w cudnym ciele.
- No tak. A w ramionach nie za szeroko?
- Ależ skądże. Cudownie pan się prezentuję.
- Pani też nie zgorsza. Więc jak, zaczynamy?
- Oczywiście, jakże bym śmiała pana wzbraniać.
- Lubi pani śledzie w śmietanie?
- A chciałby pan bym lubiła.
- Miło by było.
- Wiec uwielbiam. Kelner!
- Dla mnie śledzie w śmietanie, a dla pana panie Danielu co?
- To samo proszę. I piwo, a na deser… niech pomyślę… może kremówki.
- Uwielbiam kremówki! Byleby kremu za dużo nie miały. I niech pan jeszcze przyniesie dla mnie wino jabłkowe. Uwielbiam wino jabłkowe. Zachęcam panie Danielu.
- Ja wina nie znoszę, pani Klotyldo, ale gdyby pani chciała się skusić na odrobinę piwa korzennego…
- Piwa nie pijam. Dziękujemy pani kelnerze. A teraz panie Danielu o czym porozmawiamy, skoro już jesteśmy na kolacji i skoro będziemy jeść uwielbiane przez nas obojga śledzie w śmietanie…
- Proszę się tak nie uśmiechać.
- To był niewinny uśmiech, panie Danielu. A więc?
- A więc cudne pani ma oczy.
- A pan usta.
- Pocałować panią?
- Proszę bardzo. Oto moja dłoń.
- A w usta?
- No wie pan, w restauracji?
- No tak. Więc całuję rączki cudowniej pani. Do twarzy pan z czernią. Nie wiedziałem, że murzynki są takie piękne.
- A ja nie wiedziałam, że barczyści mężczyźni są tacy szarmanccy i że lubią śledzie w śmietanie.
- Och, pani Klotyldo, a pani włosy…
- Co z moimi włosami?
- Pachną.
- Czym pachną?
- Chciałabym powiedzieć, że różami, ale jakoś do koloru pani skóry to określenie nie pasuje.
- Więc czym pachną, co pasuje?
- Proszę coś zaproponować.
- Może wanilią.
- Ok., niech będzie wanilią. Teraz szepnę pani coś na ucho. Pani się roześmieje perliście, koniecznie ukazując wszystkie białe zęby, a potem ja powiem, że pani włosy pachną wanilią. Ok.?
- Och, cudownie to pan wymyślił. Na nic lepszego bym nie wpadła.
- Panie Danielu, a pan w niedziele też przyjdzie tutaj?
- Obawiam się, że nie.
- Szkoda. W niedziele zawsze mam mały ruch, nudzę się.
- To niech pani idzie na spacer.
- Spacery też nie nudzą.
- A kościół?
- No wie pan.
- No dobrze. A co pani powie o tym bym we wtorek tutaj zawitał?
- Było by mi miło. Czy będziemy losować skrzynki, czy chce pan bym była nadal murzynką?
- Jak pani woli. Ale kiedy tak się głębiej nad tym zastanowię, to bardziej odpowiada mi losowanie. Człowiek nie wie na co padnie.
- Rozumiem.. Obiecuję większy wybór. Z tym że to tez więcej kosztuje. Od każdej skrzynki stówka. Rozumie się?
- Rozumie, rozumie. Niech pani zadba o siedem.
- Czemu akurat siedem?
- Siedem lat temu pierwszy raz tutaj przyszedłem, niech to będzie taka nasza mała rocznica.
- Ech, co też pan mówi, jak może być nasza, skoro mnie tutaj siedem lat temu nie było.
- Nie było?
- Niech pan nie udaje Greka.
- O, wspaniały pomysł, a strój grecki macie?
- Mamy duży wybór.
- A gdybym tak zażyczył sobie panią jako Greczynkę?
- Oj, takie życzenia kosztują więcej. Czytał pan regulamin?
- Czytałem, czytałem. Jak na razie stać mnie na taki rarytas więc do wtorku pani Klotyldo. Aha, i imię pani musi zmienić. Ale nad tym jeszcze pomyślę.
- Może pan już otworzyć. No i co, i jak wyglądam teraz?
Wszystko jest fikcyjne 2009-12-16 13:44:42
Biegaliśmy po wydmach, które wydmami wcale nie musiały być. Wiem, że świeciło słońce, zachowywało się nieśmiało, jakby bało się świecić. I w pełni je rozumiałem. Wiatr wkradał się wszędzie, w plażę, w morze, w niebo i w nas. Wzdęły się nasze podkoszulki, więc je zjedliśmy i na wpół nadzy biegliśmy tam, gdzie zachodzi słońce. Chcieliśmy zdążyć przed nim; choć zdyszani to pełni radości położyliśmy się na piasku. Otworzyłem usta, a D. wsypał mi do nich garść piasku.
Po niebie sunęły obłoki, gapiliśmy się w nie jak na malowane wrota, czas mijał albo udawał mijanie a my wciąż na tym piasku i w te obłoki. Wiem, że dotknąłem czoła, by sprawdzić czy perli się na nim pot i nawet nie pamiętam czy coś poczułem. D. powiedział, że może przewróciłby stronę, a ja przytaknąłem tylko. Resztki piasku chrzęściły mi między zębami, wyplułem kolejną porcję śliny i na powrót zacząłem gapić się w obłoki. W pewnym momencie D. zawołał, że ktoś do nas biegnie i że to prawdopodobnie dwie dziewczyny. Uniosłem się na łokciach i zmrużyłem oczy. Słońce, jak na złość wdzierało się w moje źrenice, a ja im bardziej starałem się dostrzec dziewczyny tym mniej widziałem. W końcu pokonałem jego promienie, na tyle by ujrzeć kawałek plaży, który pokazywał mi D. Okazało się, że D. kłamał - żadnych dziewczyn nie było. Tylko chmury nadal sunęły po niebie, morze szumiało, wiatr wiał, a piasek chrzęścił w moich ustach. D. przewrócił stronę i zaczął czytać.
Jesteśmy na tyle dorośli, by stopić się z tłumem, tłum przecież gęstnieje z dnia na dzień. Przybywa oczu, ust, myśli i dłoni; dłoni trzymających torby z zakupami, balustrady i portfele. Dłoni szalonych, chudych, tłustych i drobnych; dłoni szerokich i wąskich; dłoni kanciastych i szponiastych; dłoni o brudnych paznokciach i o takich, które błyszczą bardziej niż powinny. Świat jest pełny dłoni, powinniśmy więc sobie odciąć po jednej, było by przestronniej.
Racja - przerwałem D., a on nawet nie zauważył, że coś mówię. Czytał dalej.
Szóstego dnia sierpnia zamknąłem się w pokoju, by przyjrzeć się dokładnie mojemu ciału. Miałem pełno piegów. Piegi zawsze były na mojej skórze, ale tego dnia zdawały się być jeszcze większe i bardziej widoczne. Pokrywały nie tylko moją twarz i ręce, ale także brzuch i plecy. Dobrze się składało, bo miałem co oglądać. Patrzyłem na swoje piegowate ciało i stwierdziłem, że jestem ciekawszy niż przeciętny człowiek, mam coś, czego nie ma wielu ludzi i mogę to coś zaraz zacząć liczyć. Siadłem więc nagi na dywanie i zacząłem od prawej nogi, wytężałem oczy i pomagałem sobie palcem wskazującym, a im bardziej wytężałem oczy tym bardziej mi się w nich mieniło. Po siódmej dziesiątce skapitulowałam. Położyłem się na dywanie i zacząłem patrzeć w sufit. Do drzwi zapukał listonosz. Skąd wiedziałem, że to listonosz? Nie wiem, po prostu to wiedziałem. Unosiłem się z dywanu i założyłem na siebie szlafrok. Listonosz miał dla mnie pilny list. Nie otwarłem go. Spoczął w szufladzie wraz z innymi.
Każdy zamyka w żołądku sumę dnia - sumy dnia stają się sumami tygodnia, sumy tygodnia sumują się do sum miesiąca. Mieszamy sobie w naszych głowach podobnie jak w filiżankach z kawą, dosładzamy nasze życie, jeśli jest za gorzkie i dosalamy, jeśli nie ma smaku, a gdy przesolimy taplamy się w błocie.
Każdy taplający się w błocie wymachuje rękoma; moja matka wymachuje rękoma dwa razy na dzień, ojciec trzy, ja staram się nimi nie wymachiwać w ogóle. Co nie zawsze mi się udaje.
Czasem wymykam się memu sumieniu i zaczynam czytać książkę od końca - słowo po słowie, zdanie po zdaniu. Świat kręci się w oku, a oko ma na widoku świat.
Zamykam książkę i udaję, że mnie nie ma. Zamykam oczy i staje się ciemno, zaciskam dłonie i nie czuję niczego poza siłą, która się z nich dobywa. Słyszę coś, ale nie wiem, co to jest. Nie klasyfikuje odgłosów, nie dbam by były podporządkowane czynności, wydarzeniu. Po prostu ich słucham. A w szufladzie nieprzeczytane listy. Pilne. Drżą mi dłonie, pierwszy pilny list dociera do mojego mózgu i traci na pilności. Z drugim dzieje się to samo, trzeci zdawał się być najpilniejszy, a staje się najmniej pilny - napisano pomyłka.
Siadam ponownie na dywanie i zaczynam liczyć piegi, tym razem te na lewej nodze. Gubię się już po drugiej dziesiątce i stwierdzam, że koniec liczenia, jakiegokolwiek liczenia.
Biorę pierwszą z brzegu książkę i zaczynam czytać. Siedzę na dywanie, już nie nagi, szlafrok okrywa mi ramiona i plecy, nie pozwalam by zakrywał mi nogi. Nogi muszę widzieć, na nogach kładę książkę. Strona sześćdziesiąta szósta i pół.
Przy bladej świecy siedzimy w dużym pomieszczeniu, ściśnięci, bo nie lubimy zbyt dużej przestrzeni, ona wprost przeciwnie wcale nie daje nam swobody, ona nas zniewala, od zewnątrz do wewnątrz zacieśnia. Napisała w liście moja matka.
Ojciec spalił list, a popiół z jego spalenia rozrzucił w ogródku. Następnego roku, kiedy tylko zrobiło się ciepło zakwitły kwiaty, pierwsze kwiaty miały barwę nieba, drugie słońca, trzecie były białe jak śnieg i wtedy ojciec powiedział:
Idzie zima, będzie ostra i prawdopodobnie nie starczy nam pożywienia do wiosny.
Tak też się stało. Mimo, iż jedliśmy mało, pożywienia nie starczyło. Drogi zawalił śnieg, który stopniał dopiero późną wiosną. Z piwnicy wyjmowaliśmy co się tylko dało, części dzieliliśmy na kolejne części, paliliśmy starymi meblami a zbyt małe i zbyt duże ciuchy przeznaczyliśmy na ocieplenie okien i drzwi. Mimo to nadal wiało. Matka tuliła się do pieca, my do matki, ojciec zerkał na zegarek.
Któregoś dnia wszedłem do piwnicy po najstarsze ze starych zapasów. Jako najmłodszy z rodzeństwa zawsze byłem po nie posyłany. Oczyściłem słój z grubej warstwy kurzu, a potem odkręciłem go. Wewnątrz były powidła. Słodkie, smaczne, nęcące i tak dobre, że sam je zjadłem. Na pałaszowaniu nakrył mnie brat. Zobaczył mnie przez uchylone drzwi piwnicy. Z dłonią utkwioną w słoju zastygnąłem, kiedy krzyknął. Nim przybiegła rodzina już mnie nie było. Schowany pomiędzy kartonowymi pudłami czekałem, aż mnie prędzej czy później wyciągną, ale ani prędzej ani później nie nastąpiło. Rodzina skapitulowała. Zatrząsnęły się drzwi. Zostałem sam pomiędzy kartonami.
Kończę czytać, zamykam książkę i zdejmuję z siebie szlafrok, staję znowu przed lustrem i wpatruję się w swoje odbicie. Ludzie albo mają czegoś za dużo albo za mało. Nikt nigdy nie czuje się usatysfakcjonowany, choć czasem oszukuje samego siebie i wmawia sobie szczęście. Prawdziwe szczęście nie istnieje, w związku z czym nie ma prawdziwego fałszu. Wszystko jest umowne, tak jak umowne są granice. Umawiamy się do co wypłaty i pracy, którą mamy wykonać. Według umowy powinniśmy się wywiązać z tego do tego dania a tego, co się jednak dzieje, kiedy umowę szlak bierze?
Otwieram czwarty list. Złamałem warunki umowy, zostaje mi wlepiona kara. Mam czekać aż listonosz przyniesie nasępmy list i zgłosić się pod umówiony adres o umówionej godzinie. Zerkam na zegarek. Cofam jego wskazówki i datę w nim o dziesięć dni. Umawiam się z samym sobą, że listu czwartego wcale nie przeczytałem, bo data nadania jest późniejsza niż ta na moim zegarku.
Wszystko się zgadza, znowu siadam na dywanie i zaczynam czytać. Strona sześćdziesiąta dziewiąta, bez połowy, początek, druga linijka od samej góry.
Jakimś cudem znalazłem w piwnicy latarkę, a kiedy ją zapaliłem bez problemu odnalazłem włącznik światła eklektycznego. Magiczny ruch i stało się magicznie. Piwnica rozświetliła się tak, że mógłbym przy tym świetle czytać. W sumie dobrze się stało, pomyślałem i zacząłem grzebać w pudłach. Było tu mnóstwo gratów, ozdoby choinkowe, stare sztućce, radio na baterie, niestety bez baterii i stare książki, masy książek. Owinąłem się jakimiś dziurawym kocem znalezionym w jednym z pudeł i otwarłem jedną z książek.
Niecierpliwe dzieci wiercą się przy matkach, niecierpliwe matki wyglądają przez okna.
A okna nie istnieją.
Słonce gaśnie nim zdąży zabłysnąć.
Głos się nie wydobywa.
Szeptu nie ma.
Wiatr nie śpiewa.
Zamykamy nieistniejące okna i idziemy spać.
D. odłożył książkę i pokazał znowu przed siebie, wiedziałem, że kłamie, mimo to uniosłem się lekko na łokciu.
Kłamstwo D. zamieniło się w prawdę, zbliżała się do nas postać. Na poły kobieta na poły koń. Przetarłem oczy, D. uśmiechnął się szeroko i wykrzyknął:
- To mi się tylko śni, powiedz, że mi się to tylko śni!
- To ci się tylko śni - powiedziałem, a potem wyrwałem mu książkę z dłoni.
To tylko pomieszanie z poplątaniem i nie należy się tym przejmować 2009-07-21 11:41:05
Niby nie ma nieskończoności, nie ma też skończoności.
To co jest proszę ja państwa?
Kiedyś na przyjęciu w gronie dość dużym, przy papierosach, wódce, napojach, dostałam w nos. Poleciała mi krew. Doszłam do wniosku, że śnię.
Leżałam w ciasnej, wilgotnej, zimnej i ciemnej celi. Widziałam siebie z góry i z dołu. Mogłam zajrzeć we własny otwór gębowy, policzyć sobie zęby, a nawet plomby. Mogłam patrzeć na swoje kołyszące się piersi i przełyk z którego wydobywał się wydech. Wdech - wydech. Sen – jawa. Jawa – sen. Co było czym? Sama wówczas nie widziałam. Obserwowałam się z dwóch stron. Ze strony snu i jawy, z jawy i snu. Pomieszanie poplątanie. Ja leżąca na łóżku, ja siedząca przy stole i dostająca w pysk, ja będąca swoim obserwatorem stąd i teraz. To musiał być naprawdę okropny sen. Czy leciała mi wówczas krew? Czy zęby były policzalne? Czy pieprzyk na mojej dłoni poruszył się, czy była to jedynie mucha. Wielka i upierdliwa.
Wszystko sprowadzało się do obserwacji. Dziwne to były czasy. Wiek z grubsza nieokreślony. Zmarszczek nie doświadczyłaś jeszcze – znaczy żeś młoda. Ale skąd biorą się te twoje leki? Czy pająk ze ściany spełznie na ciebie i cię ukąsi? Czy pieprzyk stanie się muchą, a mucha pieprzykiem? Dwoistość. Jedność. Jedność. Dwoistość. Pomieszanie z poplątaniem.
Teraz proszę państwa wychodzimy z tego snu. I z jednego i drugiego. Każdy chyba tak miał, budził się ze snu we śnie. Z tego kolejnego snu jest tylko jedno wybudzenie. Śmierć. I proszę się nie bać tego słowa. Śmierć jest prosta. Trumna, ciało, pogrzeb, kwiaty, znicz na grobie, kołyszące się drzewa. Robak w na ciele, robak w ciele. Robak w ziemi - robak koło jarzyny - jesz tę jarzyną - jesz siebie - stajesz się własną karmą. Czyż to nie cudowne i okropne zarazem.
Kto wierzy w reinkarnację niech w nią wierzy. Kto jest ateistą niech sobie nim będzie. Ja mam inne postrzeganie, proszę ja państwa. Ja siedzę sobie na ławce i wciąż śnię. Śnię o sobie i o was, o nim i o niej. Nie ważne. Ważne jest, że wciąż śnię. Przechyla się to wszystko. Z lewa na prawo, z prawa na lewo. Od góry do dołu, z dołu do góry. Powiecie, że jestem w piekle. Mówicie sobie co chcecie, mnie to nie obchodzi.
Wrócimy do początków.
Na niebie nie było jeszcze gwiazd. Nie był jeszcze wszechświata. Nie było wielkiego wybuchu. Bóg siedział w wielkim fotelu i palił cygaro. Dym gryzł go w oczy, a o on zaciągał się kubańskim cygarem. Wielkim, skręcanym na nogach dziewic, których jeszcze być nie mogło. Ale dla Boga wszystko było możliwe. Bóg nie liczył dni ani godzin, minuta ciągnęła się w nieskończoność. Po minucie następowała sekunda, która istnieć wcale nie musiała. Wystarczyło podrapać się w głowę i pomyśleć. Stworzyć świat. Stworzyć to kubańskie cygaro i go naprawdę palić. Zamoczyć nogi słonej wodzie i patrzeć na błękit nieba.
Wpierw był jednak wieli słój. Bóg zanurzył w nim dłoń i wyciął dwa losy. Jeden położył po prawej stornie, drugi po lewej. Myślał który by tu otworzyć. Swat po prawej będzie prosty. Po lewej skomplikowany. A gdyby tak wymieszać owe losy i stworzyć jeden wielki super los skomplikowano-prosty. Prosto-skomplikowany – nie ważne. Jest los, tworzy się go. Z losem się gra i wygrywa los. Bóg stworzył więc to, co chciał. Taka była jego wola.
Stanęłam naprzeciw niego, w koszuli po samą ziemię. Stopy był zimne. Oczy wpatrzone, zdziwione, zafrapowane. Co się stanie dalej panie Boże?
- Niech idzie – rzekł - aleją w dół, a potem na pierwszej na prawo, przy siódmej skręt w lewo. Znajdziesz się na trzeciej. Południk dwudziesty, równoleżnik pięćdziesiąty. Staniesz i będziesz patrzyć. Żyć będziesz. Czyż to nie piękne? Nic nie jest proste i nic skończone, nic nie ma początku i końca. Wszystko toczy sie koło koła. Dwa plus dwa równa się pięć. Jeden zawsze plącze się i wpłata pod nogi. I proszę się nie dziwić absurdalności. Ona jest tym co trzyma nas przy życiu.
- Adijos panie Boże – powiedziałam i skręciłam w siódmą, tuż koło rzeźby z urwaną dłonią. Bóg kazał zejść na dwudziesty i pięćdziesiąty. Patrzyłam w punkt na mapie świata. Południki i równoleżniki tworzyły piękną siatkę, układało się to w wielki wzór, bo na każdej z linii ktoś coś namalował. To kwiatek, to serce, to kobietę, to mężczyznę. Były też ptaki i rusałki, motyle i pszczoły. Jedna ukąsiła mnie w ramie. Wybudziłam się dokładnie w tym samym miejscu co przed wiekami. Z pytaniem na ustach, czy to nie deja vi? Sama sobie odpowiedziałam - jestem w szoku. To był tylko szok. Nic wielkiego. Nie należało się niczym przejmować. To minie. Jak wszytko inne na niebie i ziemi. Tylko spokojne – szepnęłam, po czym ruszyłam przed siebie.
Dwa cienie 2009-07-16 17:02:04
Stworzyłam ją sama. Pomiędzy kołyszącymi się cieniami moich piersi wyrosła naraz. Zadziwiła mnie sobą, ja ponoć ją także sobą zadziwiłam. Była moją częścią, ja jej. Patrzyłyśmy sobie w źrenice – i nic nie istniało. Głupota szerzyła się nadal. W zastraszającym tempie.
Stoję przed lustrem. Patrzę i ona patrzy, krzywiąc usta. W krzywym uśmiechu w krzywiźnie lustrzanej siedzi i na mnie patrzy albo ja na nią patrzę. Zresztą różnic nigdy nie było. Ja zaś byłam zróżnicowana. Uśmiech - niech i będzie uśmiech. Łzy - niech i będą łzy. Kto kogo kontroluje nie kontroluje samego siebie, nigdy. Mama zawsze mówiła, że nie ma gorszego niezrównoważeńca ode mnie. Niech i tak będzie. To mnie nie obchodzi, to mi zwisa i powiewa. A więc krótko mówiąc mam to gdzieś.
A tam ponoć słońce nie dochodzi. Siedzę w ciemnym kiblu i oceniam stan bolącego brzucha. Mogę zwijać się w sobie, ściskać, ściągać brwi, przeklinać, niby srać albo sikać. Co za głupia różnica? Jestem może i wulgarna, ale mam to gdzieś. Bo gdzie indziej to ja mam to, czego nie mam czyli
Nadzieję, że któregoś fajnego dnia zburzę się z dłońmi równo na kołdrze położonymi i będę spokojna. Nie zakłuci mojego spokoju nic, nawet myśli splątane - te pojawiające się w kryzysowych momentach, bo kryzysowych momentów nie będzie, ja będę nie kryzysowa. Ok.
Ob.
Nie lubię kiedy coś mi się mówi, to takie głupie słuchać wszystkiego co się pojawia. Ludzie zawsze gadają pierdoły, a wyłowienie z złotej rybki z gówna równa się wyłowieniu złotej rybki. Złotych rybek nie ma. Ludzie musicie to zrozumieć. Nie słuchajcie głosów, które każą i tych, które nie każą także. Nie słuchajcie nie sumienia, sumienie miejcie – takie są dziwne zasady, a gdy ktoś na was krzywo popatrzy stańcie na bakier i uśmiechnijcie się – to przecież takie proste. Proste jak dwa plus dwa = cztery i pięć, bo niedokładności mogą się zdarzyć i nie powinniśmy się za nie strzelać. Strzelmy zaś gola pozornie go nie strzelając, bawmy się i bądźmy szczerzy jak szczerze są nasze zęby kiedy szczerze się uśmiechają.
Ole.
A w szkole podstawowej nie chało mi się uczyć, w średniej także, ale na studia poszłam, bo inni mówili, że mnie nie stać na to. Ja taka przekorna jestem. Na studiach chciało mi się zaś uczyć, a innym nie chciało. Taka rzecz dziwna. Chciało mi się, bo chciałam to coś posiąść, co niby interesujące i co mnie interesowało. I posiadłam wiedzę szeroką i nie specjalnie złożoną, bo o złożoność nigdy specjalnie nie dbałam. Zawsze interesowała mnie szerokość. Wszem i wobec mówię to i pasę się zabawą w absurdy. Kto chce dodać dwa do dwóch i otrzymać pięć niech dodaje.
Ja mam w nosie to i owo i obnoszę się z tym, a kiedy nie mogę wytrzymać jak mi coś ktoś każe, to się każę mu wypchać, nie wypchać tylko wypchać. Tak prosto to powiedzieć, tak prosto to zrobić, z tym że nikt się nigdy nie wypycha, a zwierzęta wypycha, i stawia je na półkach wiesza na ścianach, i patrzy na nie jak na cuda jakieś, nie zdając sobie sprawy, że urządza w domu cmentarzysko! Cmentarzysko to be. Czy pan, panie myśliwy nie wie, że to jest be, czy pani, pani żono myśliwego, nie wie, że mąż robi be rzeczy? A co z Ce? Powiem wprost Ce znalazło się na końcu naszego dzieła. Jako że w Ce mol teraz gramy proszę zapoznać się ze wszelkimi utworami i tworami w tej tonacji i zadomowić się w nie i z nimi się przespać, i im się przyglądnąć i z bliższej strony je analizować, ogólnie rzecz biorąc Ce mol teraz gra a my idziemy spać. Zawsze miałam słabość do drzemek. No to pa, czyli tradycyjne koniec i kropka.
A to powyższe było głupie, ale w głupoty czasem grac trzeba.
skomentuj (0)Aaa... mówię 2009-07-16 16:35:29
Sugeruje sie by wszystkie kobiety miały meżow i by wszystkie dzieci mialy ojcow. Jest wymagany ład i pozadek. Od dzieci oczekuje sie grzeczności, od mam troskliwosci, od ojcow zaś zaradnosci. A ja dłubę sobie w nosie i drapię się po głowie, mowiac: jakby co to nie ja. Ja nie winna niczego.To co, że prostytucja,to co, że mordy i gwalty. Co to ma ze mną wspolnego? Tak też mozna, ale tylko do czasu.
skomentuj (0)Damą być 2009-06-19 12:29:10
Kolejny dzień wstaje. Słonko wpina się po niebie a wszystkie damy jeszcze smacznie śpią. Kołderki są jasne i pięknie odbijają padające na nie promienie słoneczne. Dłonie dam spoczywają na ich powierzchni. Widać ładnie wyszlifowane paznokcie, zadbaną skórę, delikatną i miłą w dotyku. Widać każde zagłębienie na pościeli. Znak gdzie niedawno spoczywała głowa albo ręka. Pościel jest pachnąca – można wdychać jeszcze wieczorny balsam albo sen wychodzący właśnie z budzącej się damy. Bo oto dama budzi się i ziewa. Jej usta uchlają się lekko, ale tylko lekko, wszak damie nie uchodzi szeroko ziewać. Jej dłoń przysłania wnętrze otworu gębowego, zatyka je jakby bała się, że wyjadą z niego sekrety w postaci nocnych tajemnic. Na przykład erotyczne sny, albo pragnienia, które chciałyby wyrwać się z ust w postaci echów i achów. Jedno ziewnięcie zazwyczaj wystarcza, ale czasem pojawiają się trzy. Nim dama wyjdzie z łóżka przeciąga się lekko, wszak damie przeciągać się szeroko nie wypada, tak samo jak szeroko stawiać kroki. Dama porusza się jak japonka, delikatnie i cicho. Podchodzi o okna, uchyla lekko usta, gdyż właśnie zauważa piękno dnia, promienie słoneczne oświetlające miasto, panią w pośpiechu idącą na przystanek, pana z psem tudzież sprzedawcę precelków ciągnącego swój wózek. Dama zachwyca się dniem, po czym otwiera szeroko okno, by wpuścić do swojej sypialni porcję świeżego powietrza. Kiedy to robi jej piersi pęcznieją, gdyż napełniają się świeżym powietrzem i mówią damie: oto jest życie. Oto piękno świata. Teraz zaś pora udać się na śniadanie. Wpierw jednak trzeba zrzucić delikatną, jedwabną koszulę, zsunąć z nóg nocne pantofle i zrobić się na bóstwo. Przywdziać cudowną suknię, szykowne pantofle, uczesać włosy i skropić je perfumami, umalować usta a kiedy poczuje się i zobaczy w lustrze, że wszystko jest ok można pokazać się światu. Dama zstępuje zazwyczaj ze schodów cicho, delikatnie jakby się bała zburzyć jakąś niezwykłą aurę, która wkrada się rankiem we wszystkie zakamarki domu, po czym wchodzi do kuchni. Je rogali francuski, popija go mocną, czarną kawą sączoną maleńkimi łykam z maleńkiej filiżanki trzymanej oczywiście tak jak trzeba, to znaczy z paluszkiem delikatnie odchylonym, a na koniec zażywa poranną porcję witamin. Damą być to też odpowiednio wyjść z domu, czyli odpowiednio wsunąć klucz w dziurkę i odpowiednio to znaczy bez zbędnego pośpiechu, z szykiem, z gracją go przekręcić i wyjąć. Zejście ze schodów też jest nie lada wyczynem. Damą być to znaczy z gracją schodzić ze schodów, stawiać wpierw palce, potem piety. Głowę należy unieść do góry, ale nie za wysoko, wszak umiarkowanie to też domena damy.
skomentuj (0)Paradoksalnie i absurdalnie 2009-01-17 19:18:23
Paradoksy gonia pgradoksy. Sami jestesmy paradoksalni tyle ze nie zawsze zdajemy sobie z tego sprawę. Czyz to nie paradoks? chcialoby się powiedzieć. Nie bawmy się, żyjmy, paradoksalnie czy nie cóż to za rożnica?
skomentuj (0)Kocham pajączki 2009-01-06 13:02:27
Już któryś raz z kolei obserwuję goniące się po ścianie pająki. Przyglądam się im badawczo, oceniając ich akrobatyczne wyczyny. To głupie, ale odnoszę wrażenie, że wciąż wykonują te same ruchy. W lewo, w prawo, zatoczenie koła, potem znowu w lewo. Jakby były w jakimś transie. Jakby nie były pająkami, a zaklętymi w pająki ludźmi. Czasem zdaje mi się, że to dawni moi znajomi, którzy już dawno odeszli z tego świata, być może narodzili się powtórnie i są teraz są pająkami. To może wydać się dziwne, ale nie boję się pająków, nie wywołują na moim ciele ciarek, nie obawiam się ich włochatych odnóży, nie brzydzę się pajęczynami ani przyklejonymi do nich resztkami muszych ciał. Nie bawi mnie kwiczenie na widok pająka, choć muszę przyznać, że czasem wzdrygam się na ich widok, ale tylko wtedy, kiedy nagle taki pająk pojawia się nad moja głową, wisząc na swojej lince. Zdaje mi się wówczas, że wywraca oczyma a nawet pokazuje język, śmiejąc się ze mnie. To dziwne, ale czasem śmieję się sama z siebie, bo o pająkach mogłabym opowiadać całymi godzinami i to całkiem sympatycznie. Znam kilka fajnych opowieści, które przydarzyły się nie mnie a moim znajomym. Każda z nich opowiada o strachu przed pająkami. Ludzie mają dziwną manię, boją się tego co małe, niby brzydkie, bo włochate, ale gdyby spojrzeli tak na swoje ciała, gdyby zaczęli obserwować je w dużym zbliżeniu też by się wystraszyli. Pająki są nieszkodliwe i pożyteczne. Taki pająk w domu to samo szczęście. Wielu ludzi jednak nie wie, że zabijając go ściąga na siebie nieszczęście. Zabić pająka to tyle co zabić szczęście. Dlatego ja nigdy tego nie robię. Obserwuję moje pajączki nawet całymi godzinami. Łażą sobie po ścianach i spuszczają się z sufitu na linkach. Zawsze trzeba uważać, by takiej linki nie przerwać, byle podmuch powietrza potrafi zachwiać pajączkiem, a gdy na drodze pojawiają się przeszkody dzieje się nieszczęście – taka linka pęka i biedny pajączek nie wie co się z nim dzieje. W popłodu ucieka i zdaje się, że się już nigdy nie wróci do tkania pajęczyny i spuszczania się na lince, ale tylko się zdaje. Nawet nie przypuszczacie jak szybko pająk może wybudować sobie nowy dom. Bywało tak, że wychodziłam na chwilę z pokoju a już po paru minutach niedowierzałam oczom. Piękna pajęczyna, misternie zbudowana a w jej środku śliczny pajączek, który prawie puszcza mi oko na powitanie. Popatrz jak potrafię szybko wybudować sobie dom – zdawało się mówić jego spojrzenie. Pająki wzbudzają we mnie przyjemne uczucia, potrafię patrzyć na nie godzinami, pasjonacko robię im zdjęcia, przemawiam do nich i co ważne nie ścieram kurzy w rogach pokoju. Chcę by moi mali przyjaciele mieli trochę luzu. Nie lubię mieć świadomości, że mogłabym im coś uszkodzić. A kiedy widzę delikatną linkę bez pasażera, stąpam ostrożnie, wiedząc, że gdzieś mógł wylądować i teraz szuka sobie miejsca, a ja przez nieuwagę mogłabym go zgnieść.
skomentuj (0)